szach i Mat!

pasaż z Czarnym Słońcem

Olśnienie: praca się opłaca (praca leczy kaca). Leczy również melancholię. Przez ostatni tydzień miałam dużo pracy i to był pierwszy tydzień od niepamiętnych czasów, kiedy dobrze mi się spało i dnia nie rozpieprzały mi trwające pół dnia paranoiczne rozkminki. W sumie byłam ostatnio całkiem szczęśliwa, a precyzyjniej — wyjątkowo nienieszczęśliwa jak na mnie. Teraz nie mam nic do roboty i od razu jakoś gorzej, niewykonane telefony znowu zaczynają mnie stresować, pojedyncze słowa z dupy zapuszczają korzenie prowadząc do rozrostu rozkmino-baobabów. Ugotowałam sobie z tego wszystkiego wyszukany obiad, ale jest niesmaczny. I przytyłam jakiś miliard kilo. Pracy, pracy, dajcie mi pracować, inaczej zwariuję niechybnie.

Z nudów i paranoi sprawdzam, ile internet wie o mojej przeszłości, czytam moje ekshibicjonistyczne wytwory sprzed lat pięciu i nachodzi mnie piękna refleksja. Refleksja dotyczy natury relacji damsko-męskich, oczywiście. Jak wiadomo — będzie to banał z gatunku tych najbanalniejszych — nowe związki nigdy nie rodzą się w próżni, a miłości nie przebiegają nigdy po linii prostej. Nigdy nie ma wyłącznie kochanki i kochanka, zawsze jest jakiś nowy, jakiś były, jakiś aspirujący, zawsze jest się dla kogoś nową, aspirującą, byłą itd. Jest taki słodki moment, kiedy nabiera się pewności i ujawnia się miłość światu, niech wszyscy zobaczą! Ujawnia się również byłym i aspirującym, z reguły najwcześniej (jako osobom — bądź co bądź — niemal tak samo ważnym) z reguły tak się składa, że nie ma przy tym obecnych. I och, te cudowne, gorzko-słodkie momenty, kiedy oni już wiedzą, kiedy ja już wiem, że nigdy nic z tego nie będzie, kiedy jest się bliżej niż kiedykolwiek, bo pierwszy raz można albo przynajmniej chce się mówić otwarcie. Robię się wtedy taka tkliwa i mam ochotę obejmować ich matczynie, i całować w czoło, co za ulga, kochać kogoś innego po tylu miesiącach gier, intryg, dramatów i nienawiści, co za ulga już nie spalać się dla kogoś, co za ulga — móc wreszcie kogoś lubić po prostu. Takie małe, cudowne, z reguły bardzo poalkoholowe momenty, kiedy niebo się otwiera, jasność na mnie spływa i czuję się jak w jakimś smutnym, francuskim filmie o zgorzkniałych czterdziestolatkach zbyt przyzwyczajonych do swojej samotności, i mam wreszcie pewność, że wszystko jest jak być powinno, właściwie tylko wtedy.

Houellebecq jest naprawdę fajny. Naprawdę lubię piec ciastka. Naprawdę lubię palić papierosy. Słucham Feist, w moim wiecznie brudnym domu zapach przyprawy do pierników pomału wypiera zapach coraz tańszych papierosów, z nieba pada (lub padało jeszcze przed chwilą) coś, co przy odrobinie dobrej woli może przypominać śnieg, moje życie w tej chwili w przyjemny sposób zbliża się do idealnego wzorca rodem z obrazków z weheartit, nie jest źle.